< powrót

Nie bój się mówić głośno i wyraźnie

Ze Zbigniewem Markiem Hassem, reżyserem i aktorem, kolejnym ambasadorem akcji „Lubię polski”, rozmawia Hanna Łozowska

― Prowadzi pan zajęcia ze studentami ― między innymi z kultury języka polskiego.
― Tak, przede wszystkim dla studentów edukacji wczesnoszkolnej. Chodzi o uczulenie przyszłych nauczycieli, by zaszczepiali dzieciom, pochodzącym przecież z różnych środowisk, potrzebę poprawnego mówienia i wyrażania emocji za pomocą słów. Nadal istnieją poradnie językowe, audycje radiowe… Nie należy wówczas wyłączać radia.
― Po co nam te audycje?
― Dla siebie, dla przyjemności i poszerzenia możliwości komunikacyjnych. Trzeba użyć dziesiątek słów, by wyrazić prostą myśl. Ale brakuje nam tych słów. A są słowa, które w sensie estetycznym i językowych mogą bardzo trafnie wyrażać emocje, dosadnie i zwięźle. Chodzi więc też o ekonomiczne wykorzystanie języka polskiego.
― Język polski operuje niesamowitym bogactwem ― w porównaniu na przykład z językiem angielskim.
― To pewnie wynika też z tradycji, historii. W Chinach jedno słowo może mieć wiele znaczeń. Ważna jest intonacja, a jedno słowo może mieć ich… cztery. Intonacja nadaje więc znaczenie. W Polsce też mamy takie skrajne przypadki, gdy niektóre wyrazy, zwłaszcza niecenzuralne wyrażają różne emocje.
― No właśnie, intonacja! Teatr jest przecież nie tylko słowem, ale też intonacją, mimiką, wyrazem twarzy, gestem… Więc czy samym słowem w teatrze możemy wiele wyrazić?
― Zdecydowanie. Po pierwsze ktoś napisał dramat, określił jakieś znaki, pojęcia. Z kolei cały XX wiek w teatrze światowym spowodował, że umiemy posługiwać się słowem przeciw jego semantyce. Aktorzy wiele lat uczą się, że można książkę telefoniczną czytać w taki sposób, że staje się ona interesująca.
― Tak mówiono o Irenie Kwiatkowskiej. Że bawi, czytając książkę telefoniczną.
― Używając abstrakcyjnych słów możemy wyrazić uczucia zniechęcenia, sympatii, miłości. Zawsze tłumaczę studentom, że nie musimy już przekazywać tej treści semantycznej, bo ona i tak jest zapisana. I za to nam nie płacą. Autor dramatu dostał już wynagrodzenie, a może nawet nagrodę Nobla. Słowo to słowo. Natomiast za nim kryją się różne znaczenia. To chyba największa frajda z pracy w teatrze.Teksty są piękne lub wręcz przeciwnie: chropowate. Gombrowicz czy Witkacy stworzyli swoje specyficzne języki. Kiedyś graliśmy sztukę o wdzięcznie brzmiącym tytule „Kibel”. Autorka zastosowała składnię odwrotną niż obowiązująca. To polskie słowa, ale ułożone w taki sposób, że pozornie nic nie znaczą. Jak wyrazić emocje, jeżeli masz poczucie, że mówisz po węgiersku?
― Tworzenie specyficznych języków kusi wielu przedstawicieli sztuki.
― Sztuka dla sztuki. Język zajmuje się sam sobą i pokazuje bogactwo różnych możliwości. Teatr cały czas eksperymentuje, szuka współczesnej dramaturgii języka. Możemy założyć, że w czasach Mickiewicza posługiwano się pięknym językiem, ale znowuż, kto się nim posługiwał? Pewne sfery w pewnych sytuacjach. Od czasów naturalizmu poszukujemy na scenie prawdy. Nie zawsze możemy mówić „ą”, „ę”. To oczywiście szokuje publiczność, ale przecież taki też jest język.
― Uproszczony język to prawda, której szukamy?
― Oczywiście. I idąc dalej, to też pytanie o warsztat aktorski. Jeżeli mam grać taką postać, czy powinienem używać pięknej wymowy i dykcji? Może powinienem mówić językiem przaśnym? Może gwarą? Tak było w „Kramie z piosenkami” Schillera, u Bogusławskiego w „Krakowiakach i góralach”. Czymś jeszcze innym jest slang środowiskowy.
― Z tym że gwarę regionalną nazywamy dziedzictwem kulturowym. Z kolei na gwarę środowisk reagujemy trochę jak na „Wojnę polsko-ruską” Doroty Masłowskiej.
― Na początku XX wieku Maksym Gorki napisał sztukę „Na dnie”. Bohaterowie nie mogą mówić pięknym językiem i Gorki zdawał sobie z tego sprawę. Gdyby nie to, nie byliby wiarygodni. Młodzież używa wielu skrótów, których starsi ludzie nie są w stanie zrozumieć. Przenika też angielski. Teatr, chcąc pokazać mowę współczesną, nie może pominąć tego zjawiska. Jeśli ktoś chce usłyszeć wzorcowy język polski, to na takiej sztuce na pewno go nie usłyszy. Ale po to jest klasyka. I w niej aktorzy mają raj językowy.
Osobny temat, czy te wzorce są szanowane. Cały czas trwa etap zrzucania bohaterów z piedestałów. Autorytetami są dziś osoby oryginalne, fascynujące… Ale daleko im do autorytetów. Błędy zdarzają się każdemu, mogę to zrozumieć. Choć przekręcanie pojęć, zamienianie…
― Powszechne „bynajmniej”.
― Ale też angielskie wtręty, rusycyzmy. Może dlatego, że jestem też z zamiłowania muzykiem, bardzo często zapamiętuję pewne zwroty. Muszę je później wyrzucać z pamięci.
― Na przykład jakie?
― „Jak gdyby”. Albo takie modne określenie, wrzucane w zdanie, co chwilkę… Uciekło mi.
― To można poczytywać za dobry znak.
― Tak, bo to obce. Prowadząc zajęcia ze studentami, staram się wypowiadać poprawnie. Kiedy używam przaśnego języka, biorę go w cudzysłów. Wiedzą, że to celowe spłycenie, że tak nie należy mówić… ale tak się mówi. Kiedy np. jestem w sklepie, byłoby to sztuczne, nieprawdziwe. Ale swoich studentów proszę, by snobowali się na przesadnie poprawne mówienie w codziennych sytuacjach, wśród ludzi do tego nieprzywykłych. Mnie już może nie wypada. Ale im? Różne są szaleństwa. To też przydatne, ćwiczy aparat mowy.
Dzieci są wyposażone w ten organ fantastycznie. Gdyby dorośli tak krzyczeli, jak to robią dzieci na podwórku, zdarliby sobie struny głosowe. A dzieci nie zdzierają sobie strun. Ich emisja jest genialna. Mimo, że te dziecięce „pudła rezonansowe” są mniejsze, to emisyjnie jednak są mocne. Potem coś dziwnego dzieje się z człowiekiem, że zmienia ten głos. Może to dlatego, że się wstydzi? Może dlatego, że niepotrzebnie uciszamy dzieci: „Cicho, cicho, tatuś ogląda telewizję!”. Dlaczego niektórzy przechodzą przez to bezbłędnie, głosy mają dźwięczne, barwne, soczyste, a inni odwrotnie? A przecież wszyscy jesteśmy wyposażeni na początku w głos brzmiący.
― Ideologicznie, ale też nieco sztampowo: nie bać się mówić głośno?
― Głośno i wyraźnie!