< powrót

I już nie „gdyby”, ale „hejże”, „huzia” i „na pohybel”…

Niby erudyci, ale swojscy, niby kompetentni, ale z przymrużeniem oka — ocenia język Polaków. Wśród wzorców wymienia ikony ubiegłego stulecia: Wojciecha Młynarskiego i Jeremiego Przyborę. Bo dziś to już czasy „tylko” małej formy.

Z Łoną, twórcą rapu „inteligenckiego”, rozmawia Hanna Łozowska

 

— Polaków definiuje słowo „gdyby”?
— Myślę, że nasz genotyp schowany jest w trzech innych zwrotach: „hejże”, „huzia” i „na pohybel”. To by tłumaczyło naszą narodową inklinację do powstań. Wszystkie trzy pisane są zresztą przez samo „h” — w rodzimych warunkach to wspaniała okazja do robienia błędów.
— To jaka jest dzisiejsza polszczyzna?
— Nasz język mocno odbija nas samych — ambicje, kompleksy, lęki i co tam jeszcze. Ostatnio mam wrażenie, że zaczęliśmy masowo mówić Masłowską, do perfekcji opanowując splatanie stylu wysokiego z niskim. Tak jakbyśmy chcieli równocześnie grać na różnych rejestrach: niby erudyci, ale swojscy, niby kompetentni, ale z przymrużeniem oka. Bardzo ciekawe zjawisko.
— Jak wygląda język polski w hip-hopie? Myślimy o tzw. muzyce ulicy, tym samym stereotypowo można zapewne przypisać jej wulgaryzmy.
— Polszczyzna w rapie niczym nie różni się od tej nierapowej, czyli jest — niestety — mizerna i ubożuchna. Wulgaryzmy to akurat wartość, bo one bywają ciekawe i barwne. Podobnie jest ze słownictwem przejmowanym z więziennej gwary. To zawsze dodaje jakiegoś charakteru. Źle się natomiast dzieje ze słownikiem większości raperów, czy — mówiąc wprost — z liczbą używanych słów, która niepokojąco się kurczy. Trochę to pewnie moda, trochę poza, bardziej chyba jednak znak czasów. Są wszakże wyjątki. Tu odsyłam do legendarnego Afrojaxa — jego twórczość bywa obsceniczna i, nie bójmy się mocnych słów, ohydna, ale to ohyda wielkiej urody i napisana wspaniałą polszczyzną.
— Łony i Webbera słuchają także ci, którzy na co dzień nie sięgają po hip-hop.
— Zapewniam, że jest też wśród naszych słuchaczy niemała grupa osób, które w hip-hopie wyrosły, z hip-hopem są związane i ani myślą go porzucać.
Wydaje mi się, że jest jakaś wspólnota słuchaczy, którzy lubią dobrze skonstruowaną muzykę i nie najgłupiej napisane słowa. Ba, to nawet nie powinno nas specjalnie dziwić, przecież jeszcze nie tak dawno, bo w XX wieku, piosenka autorska cieszyła się niemałą popularnością. I dziś też ludzie potrzebują słowa w muzyce. Przyzna pani, że to budujący wniosek.
— I literackiego Nobla dostał tekściarz.
— Wspaniała wiadomość, a dla mnie bodziec, by sięgnąć po jego twórczość, choć przyznam ze wstydem, że Dylan już jakiś czas temu dostał tę nagrodę a ja poza tym „wiatrem”, co to rzekomo „odpowie”, wiele nie poznałem. Jedna sprawa tu jest ważna, która dla mnie nie jest specjalnym zaskoczeniem, bo wychowałem się na Młynarskim i Przyborze, ale warto tę wiedzę upowszechniać: piosenka jest pełnoprawnym gatunkiem literackim. Choć wiem, że obecne czasy nie przynoszą na to zbyt wielu dowodów.
— Pozornie.
— Wciąż są momenty, gdy poezja pięknie splata się z muzyką właśnie w formie piosenki. W środku 2017 roku w Polsce także. Ja się np. ostatnio zachłysnąłem singlem L. Stadt „Oczy kamienic”. Szalenie dobra rzecz — i literacko, i muzycznie. Jeszcze Polska nie zginęła.
— Muzyka długi czas funkcjonowała zresztą jako tło do opowiadania historii. W „Hałasie” słyszymy: „Bądź gotów na więcej, bowiem/to nie jest darcie japy — to jest cała opowieść/i to taka, w której każdy jest bardem”.
— Tak, bo właśnie najcenniejszą cechą naszej twórczości jest opowiadanie o czasach, w których żyjemy. To danie upustu tej chęci człowieka, by jednak non omnis moriar. To tu jest właśnie wielka siła rapu ulicznego, na ogół mniej cenionego przez ludzi niezwiązanych z tą kulturą. Ja mam z tego więcej, bo trafia do mnie całe to muzyczne dziedzictwo, które tkwi w tej muzyce. Ale jeśli ktoś nie podziela mojego entuzjazmu muzycznego, niech chociaż dostrzeże socjologiczny i kulturowy wymiar zjawiska. To po prostu świetnie utrwalony kawałek rzeczywistości.
— Mówi się o tym, że poezję czytają już tylko poeci. Jeśli sięgamy po prozę, to gatunkową. Może to jest tak, że sztuki szukamy w piosence?
— A może w ogóle jej nie szukamy? Co do prozy gatunkowej — dopóki to jest tak dobrze napisane jak np. „Król” Szczepana Twardocha, to w porządku. Chętniej chyba jednak oglądamy seriale na Netflixie niż Ingmara Bergmana. Po wyczerpującym dniu w kapitalistycznej rzeczywistości trudno zdobyć się na umysłowy wysiłek i czerpać z tego przyjemność. Bardzo oczekujemy od kultury, żeby nas niepotrzebnie nie niepokoiła. Te przeklęte seriale są świetnym dowodem — od dawna mam wrażenie, że scenariusze do wszystkich pisze jedna osoba. Zmieniają się bohaterowie, nazwiska, ale pomysły, zwroty akcji są identyczne. Najgorsze, że to się nawet dobrze ogląda.
— „Młody papież” Paolo Sorrentino nie jest tak podobny do innych seriali.
— Ok, Sorrentino jest wyjątkowy, choć to naprawdę nie Fellini. „Wielkie piękno”, które jest rzeczywiście zachwycające, to moim zdaniem podróbka. Inna rzecz, że doskonała. Sorrentino jest dzieckiem swoich czasów. Może dziś nie da się zrobić nic wielkiego, w sensie — genialnego kina o epickim rozmachu?
— W muzyce też nie da się zrobić nic wielkiego?
— Dlatego z przyjemnością doceniam te mniejsze formy. A cenne rzeczy powstają w ciszy. A cisza jest dziś niemożliwa.
— W albumie z ostatnimi interpretacjami piosenek Agnieszki Osieckiej wykonuje pan „Ostatnią prostą”. Osiecka pisze skądinąd o wielkich uczuciach przez pokazywanie drobnych przedmiotów, codziennych sytuacji, czegoś w gruncie rzeczy bardzo prozatorskiego.
— To największa wartość, którą Osiecka dała piosence. Na marginesie, to ta sama wartość, którą Szymborska dała poezji — detal, szczegół, przez który można powiedzieć wspaniałe rzeczy. Może jest tak, że tylko kobiece oko jest w stanie tak wychwycić mały kawałek rzeczywistości, pochylić się nad nim z całym ciepłem i empatią? To znowu łączu obie te panie. Na tym zresztą koniec podobieństw, bo mówiły zupełnie innymi językami. Ale ta optyka, by detalami opowiadać o rzeczach wielkich, przyzna pani, mało powszechna wśród mężczyzn, obu tym autorkom się wybornie udawała.
— Muzycznie to chyba wcale nie takie złe czasy. Mamy jednak Lao Che, Melę Koteluk, Fisza Emade Tworzywo…
— Przy pewnym wysiłku można znaleźć świetne płyty. Problem polega na tym, że musimy przebrnąć przez masę rzeczy zupełnie złych i takich, których wcale nie chcemy słuchać. A one istnieją i działają na nas. To naprawdę nie jest tak, że Zenon Martyniuk może nam przelecieć koło ucha. On w nas zostaje po pierwszym przesłuchaniu. A najgorsze, że właściwie można się temu tylko biernie przyglądać. To trochę jak — o, paradoksie — z postępem technicznym. Możemy na niego psioczyć, możemy być jego entuzjastami, a na końcu i tak nie ma to większego znaczenia: postęp po prostu jest, czy tego chcemy czy nie.
— Postęp technologiczny równoznaczny jest z językowym i kulturowym regresem?
— Zdaje się, że tak — w głównym nurcie. Na szczęście dziś twórcom niszowym, którzy kiedyś trafiali do garstki, postęp pozwala dotrzeć do większej rzeszy odbiorców. I to jest szalenie cenne. Nie znaczy to jednak, że uważam, że jesteśmy skończeni jako gatunek i za 20 lat przestaniemy się w ogóle komunikować, bo będziemy niewystarczająco wyposażeni intelektualnie. Owszem, główny nurt jest już przegrany. Jest natomiast całe mnóstwo nurtów pobocznych, takich offowych wysp, na których wciąż wyrastają cenne owoce. I tego musimy bronić za wszelką cenę.