< powrót

Skąd się wzięły wulgaryzmy?

Skąd się wzięły wulgaryzmy w literaturze po 1989 roku? Obraz kultury literackiej urodzonych w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych   

Wszechogarniającej destrukcji języka mówionego, czy też prawie mówionego w internetowych aranżacjach podporządkowali się niektórzy twórcy najnowszej literatury. Penetrując przemilczane i nieznane wcześniej, w PRL, z powodu istnienia cenzury, czy też po prostu silnego tabu obyczajowego lub społecznej fobii, przestrzenie życiowe, realizują w swoich utworach cel poznawczy poprzez  prezentowanie świata przedstawionego, a w nim posługujących się adekwatnym do środowiska językiem bohaterów.

Życie literackie po 1989 uległo przeobrażeniom. Zlikwidowanie cenzury w 1990 r., a także centralnego sterowania ruchem wydawniczym i  dokonaniami literackimi otworzyło przed autorami i wydawcami nieograniczone możliwości. Nastał czas nowej literatury, nieskrępowanej nakazami merytorycznymi i formalnymi ograniczeniami. Jej powstaniu sprzyjało wiele zjawisk równoległych. Najbardziej medialne, a jednocześnie traktujące książkę jak towar były konkursy i nagrody. U schyłku lat 90. funkcjonowało w kraju około stu konkursów i nagród! W wydawnictwach pojawiały się książki opatrzone notą o laurze konkursowym przyciągającym ewentualnych czytelników. Książkę zaczęto traktować jak gadżet na równi z torebkę czy biżuterią, dołączając ją do czasopisma. To formalne obniżenie traktowania książki musiało znaleźć swoje odbicie w postrzeganiu roli i funkcji pisarza. Okazało się, że łatwo być pisarzem, łatwiej coś napisać, wydać, doczekać się recenzji, nagrody, łatwo trafić do słownika pisarzy, internetowego leksykonu.

W obliczu odwołania przez Marię Janion[1] paradygmatu romantycznego ważność utraciły autorytety patronujące do tej pory literaturze. Zamiast oczekiwania na arcydzieło,  machina infrastruktury literackiej nastawiona była na wieloraką twórczość: poczytną, nową, debiutancką itp. W miejsce występowania mierników właściwych dziełom wybitnym,  pojawiły się inne kryteria traktowane równie poważnie, jak: „sprawność”, „rzemieślniczość”, „niekonwencjonalność”, „świeżość”, „nowatorstwo”.

Nowej literaturze, powstającej w sprzyjających warunkach towarzyszyła często nieprofesjonalna krytyka literacka. Celnie sformułował jej kondycję Przemysław Czapliński: „Jest martwa. Nigdy nie była bardziej żywa. Jest słaba. Nigdy nie była tak mocna”[2]. Badacz ten swą konstatację opiera na tezie, że krytykę literacką stwarza to, co stawia jej opór. Po czasach PRL-u, na początku nowego okresu, w czasach dominacji wartości liberalnych, przeszkody były w zaniku. Słabe były też języki teorii literatury. Dlatego też rolę krytyków przejęli dziennikarze, którzy uczynili mass media przestrzenią komunikowania literackiego, skazanego na oczywiste uproszczenia.

Już pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku pojawiło się pokolenie poetów zwanych barbarzyńcami, właśnie ze względu na brutalne traktowanie nie tylko tradycji literackiej, ale także polszczyzny odznaczającej się wysoką kulturą literacką. Spośród nich na liderów wyrośli Marcin Świetlicki (ur. 1961) i Jacek Podsiadło (ur. 1964). Wulgarność na pewno dawała im na początku rozgłos i sukces.

Przemysław Czapliński i Piotr Śliwiński bardzo ostrożnie ocenili dokonywane na języku zabiegi:

„Głównym kierunkiem ekspansji był z początku język  potoczny oraz style kultury masowej. Poezja zaczęła sama siebie definiować już nie jako „mowę alternatywną” lub „przetworzoną”, lecz raczej jako przedłużenie mowy ulicy (domu, baru, skweru, Sali koncertowej itd., przestrzeni fizycznych, konkretnych, wolnych od symbolicznych czy metafizycznych obciążeń) oraz sposób uchwycenia i wypowiedzenia złości”[3].

Konkluzja ta jest bardzo wyważona wobec licznych obrazoburczych wystąpień poetów. W 1991 roku na łamach „bruLionu” (nr 16) ukazał się słynny wiersz Zbigniewa Sajnóga[4], który redaktor naczelny pisma – Robert Tekieli – uznał za genialny. Upodobanie do eksponowania wulgaryzmów w tytułach wierszy jest znamienne dla tych czasów, czynił tak także Marcin Baran w tomie Zabiegi miłosne[5].  Odpowiedzią na zarzut Juliana Kornhausera, który odmawiał poezji brulionowej jakiejkolwiek idei był słynny wiersz trzech poetów Marcina Barana, Marcina Świetlickiego i Marcina Sendeckiego pt. Wiersz wspólny (półfinałowy). Napisali oni:

Napisalibyśmy  wiersze

Pełne niezłych idei

Lub jakichkolwiek

Ale, drogi Julianie,

Żadna nie stoi za oknem.

Tak, za oknem ni ch… idei

Kilka lat później wystąpienie nowego pokolenia poetyckiego podsumował Julian Kornhauser, chcąc oddać sprawiedliwość buńczucznym autorom: „To wszystko było ciekawe, ale i zabawne. Ciekawe, bo nagle w sposób naprawdę niespodziewany, pojawiły się utwory programowo anarchistyczne i nihilistyczne, burzące potoczne wyobrażenie o powinnościach pisarza i jego intelektualnym przesłaniu. Utwory agresywne językowo i nieprawdopodobnie śmiałe od strony obyczajowej. Runęły dotychczasowe granic, dawnym wartościom odmówiono racji bytu. Epokę wolności młodzi czy też względnie młodzi, barbarzyńcy przywitali zagłuszającym wrzaskiem. Tym wrzaskiem chcieli zamanifestować […] swoją niezgodę na dotychczasowy system wartości, na rzeczywistość dla nich niezrozumiałą, bo przesiąkniętą fałszywymi postawami i pewnego rodzaju sztucznością”[6]

Tej dykcji niektórzy poeci wywodzący się z barbarzyńców, a wśród nich Jacek Podsiadło pozostają wierni na dłużej. W wywiadzie dla pisma promującego młodą literaturę – „Lampie”, redagowanej przez Pawła Dunin-Wąsowicza, wypowiedział następującą „filozofię” nadużywania ekspresywnych form wypowiedzi:

„O wulgaryzmy walczę jak o wszystko inne. O wolność słowa po prostu. Bo ja kocham słowo, uwielbiam polski język. A wśród jego bogactw są też wulgaryzmy. To tak jakbyś zakochał się w kobitce, która ma jedną nóżkę bardziej. Masz udawać, że nie ma tej nóżki? Albo, że nie jest bardziej? Nie, kochasz ją razem z tą nogą. Wielbisz polszczyznę razem z jej zgrubieniami, brutalizmami i dosadnościami. Oczywiście,  z drugiej strony jeśli w kobiecie zajmuje cię głównie jej kulawa nóżka, to jesteś zboczeńcem […] Bo trzeba odróżnić, kiedy jest czas i miejsce na rzucanie mięsem, kiedy – jak to nazywają w Rosji – „nienormatywna  leksyka” jest nośnikiem agresji i chamstwa, a kiedy zupełnie czego innego. Jak z tobą rozmawiam to bluzgam, bo dzięki temu wyrażam się precyzyjniej, a tobie uszy z tego co widzę, nie więdną. Jak rozmawiam z mamą to nigdy nie bluzgam”[7].

Podsiadło nawiązuje w tym momencie do tradycji, która w polskim języku literackim trwała od zarania. Znane są pikantne fraszki Jana Kochanowskiego (Do matematyka), rubaszne i ocierające się o przyzwoitość zwroty Jana Chryzostoma Paska.

Po roku 1945, gdy literatura oficjalna podporządkowana była cenzuralnym normom, wulgaryzmy pojawiały się u legendarnych kontestatorów, egocentryków, skupionych na przeżywaniu własnej osobności poetów, określonych przez Jana Marksa mianem poetów przeklętych. Wulgaryzował na początku lat pięćdziesiątych Andrzej Bursa, w latach sześćdziesiątych Edward Stachura, w latach siedemdziesiątych Rafał Wojaczek.

Nie jest więc tak, że rok 1989, czy raczej 1990, kiedy zniesiono cenzurę, zniósł językowe tabu obyczajowe. Jak pokazują teksty literackie, określony krąg autorów tworzących w PRL-u nie stronił od mocnych, wziętych z potocznego języka, wyrażeń.

Można zatem stwierdzić, że w wierszu, który wyłonił się na początku lat dziewięćdziesiątych pobrzmiewały echa nawet skamandryckiej czy futurystycznej kolokwialności, a jeszcze bardziej kontestatorska postawa outsiderów z kręgu Bursy i Wojaczka. Jak utrzymuje Karol Maliszewski na to nałożyły się

„niebagatelne wpływy, promieniowanie obcych modeli lirycznej mowy. Mam tu na myśli folklor bycia i mówienia ewokowany przez tak zwaną kulturę rocka – manifestacyjne kupowanie i słuchanie płyt, porozumiewanie się grypsami wziętymi z kultowych przebojów, amatorskie próby przyswajania rockowej angielszczyzny, bywanie na koncertach i ogólnie: bycie pośród emocji i stylów zachowania wyzwalanych w tego rodzaju środowiskach i przestrzeniach kultury masowej. Tak właśnie wykluwała się odmienność, krystalizował się drugi człon alternatywy bycia w literaturze  i poprzez literaturę. To co charakterystyczne dla nowej normy postrzegania poezji i myślenia o niej to pewna niefrasobliwość, dezynwoltura, naturalność gestu, spłaszczenie uzwyczajnienie dyskursu”.[8]

Zdaniem badacza poezji model wiersza „brulionowego” przełamał obowiązującą normę, czy też rozszerzył jej zakres, aby mianem poetyckości objąć większy zasób realizacji tekstowych. W wierszach np. Marcina Świetlickiego czy Jacka Podsiadły miało miejsce „wyluzowanie podmiotu, spuszczenie z tonu, kolokwializacja przesunięta w stronę brutalizmu, banalność rytualnie powtarzanego epizodu, zwyczajność rekwizytów”[9].

Wymienione zjawiska towarzyszące życiu literackiemu nie zostały osłabione w ciągu następnych lat lecz uległy wzmocnieniu. Jak pisał po roku 2000 Michał Witkowski: „Żyjemy bowiem w tej samej Polsce, w której tworzyli i tworzą twórcy starsi, choć właściwie nieco innej!”[10]. Jego zdaniem, powodem tej inności są trzy zmiany, które miały miejsce w naszym kraju pod koniec lat dziewięćdziesiątych:

„Upowszechnił się Internet, rozmnożyły komórki, a przede wszystkim obcy kapitał na dobre zagościł na naszym rynku, co znalazło wyraz w rosnącej liczbie nieznanych dotąd hipermarketów[…] Jednak najdonioślejszą zmianą jest Internet, który wpłynął nie tylko na obraz rzeczywistości, który stał się udziałem twórców (duża ich część funkcjonuje prawie wyłącznie w świecie wirtualnym), lecz także na społeczne funkcjonowanie literatury”[11].

Jednocześnie Internet stał się przestrzenią, w której gwarantowana anonimowość nie krępuje coraz bardziej aroganckiego, wyzywającego, a przede wszystkim wulgarnego uczestnika blogu czy forum  dyskusyjnego.

Życie codzienne przynosi sytuacje językowe, które pokazują, jak bardzo zagrożona brawurą języka potocznego jest współczesna polszczyzna. Chodzi tu nie tyle o zanik poprawności mowy, co o piętrzące się w języku wulgaryzmy, za pomocą których można wyrazić prawie wszystko: od informacji po siłę emocji.  Zjawisko rozprzestrzeniania się niecenzuralnych słów nie dotyczy dzisiaj tylko najbardziej prymitywnych przedstawicieli naszego społeczeństwa. Zapanowała wszechobecna moda na wyrażenia dosadne, wśród wszystkich grup pokoleniowych, bez podziału na status społeczny, wykształcenie czy przynależność do kręgu kulturowego.

Niemały udział ma w tym procesie wpływ kultury masowej, która wciągnęła w swoje władanie wyzwolone spod przymusu nakazów polskie społeczeństwo. Rozwój coraz bardziej wyspecjalizowanych mediów spowodował nieograniczony kontakt z różnymi subkulturami, wcześniej tabuizowanymi, a przez to niedostępnymi przeciętnemu odbiorcy.

Pod wpływem tych zjawisk życia społecznego można zaobserwować obniżenie poziomu młodej literatury zarówno w zakresie tematów, gatunków, a także stylu wypowiedzi. Pauperyzacja objęła całość dzieła literackiego.

Zdaniem Michała Witkowskiego analizującego wydaną w 1999 roku antologię opowiadań młodych autorów pt. Świat kumpli „młodzi pisarze nie chcą pisać już wprost o „ważnych” problemach takich jak czas, historia, przemijanie, rozrachunki polityczne i tak dalej. Dla wielu starszych krytyków i pisarzy, jeśli tekst nie jest o Jedwabnem lub o „czasie”, „historii” czy „roli artysty w społeczeństwie” to już jest o niczym”[12]. Znamienne, że sam pisarz, występujący w tym tekście jako krytyk literacki komentujący dokonania swojego pokolenia, czy też swojego czasu, utożsamia się z tego rodzaju strategią: „Gdy czytam literacki dodatek do „Rzeczypospolitej”, czuje się, jakbym oglądał telewizyjne Wiadomości – Wałęsa, Rosja, Mazowiecki, Żydzi, odszkodowania dla więźniów, pielgrzymka Ojca…”[13]. Niechęć do uczestniczenia w  rzeczywistości historycznej i politycznej bierze się z funkcjonowania młodych pisarzy w kręgu zupełnie odmiennych spraw, związanych z codziennością bardziej przyziemną. Akcja w tekstach należących do wspomnianego zbioru Świat kumpli rozgrywa się w liceach, dyskotekach, knajpach, w agencji towarzyskiej. Witkowski broniąc się przed oskarżeniami literatury roczników siedemdziesiątych o „banalizm” i zajmowanie się „duperelami” stwierdza: „trudno pisać smętnie i tęsknie, gdy opisuje się zakupy w supermarkecie, trudno być w melancholijnym nastroju, gdy właśnie jedzie się po nowy komputer i zamierza resztę wieczoru przeznaczyć na gry i surfowanie po Internecie”[14].

Pisarstwo Doroty Masłowskiej odkrytej przez Pawła Dunin-Wąsowicza, postać równie nietuzinkową, redaktora pisma „Lampa”, promowane przez pisarzy znanych i ważnych w ostatnich kilkunastu latach: Jerzego Pilcha i Marcina Świetlickiego, szybko stało się najważniejszym zjawiskiem literackim pierwszej dekady XXI wieku. Oficjalna krytyka literacka jakby umówiła się pisać w samych superlatywach o jej pisarstwie, zwracając uwagę na wybitność, oryginalność, doskonałą znajomość materii pióra. Za Wojnę polsko-ruską (200) otrzymała Paszport Polityki, a za kolejną Paw królowej w 2005 roku nagrodę Nike. Obie  powieści, niezależnie od preferowanych stylów pisania i mód, zaskakują wszystkich dojrzałością warsztatu pisarskiego. I co by tu nie mówić, jest to niepodważalny atut jej pisarstwa. Ta niespełna trzydziestoletnia pisarska (rocznik 1983) stworzyła teksty jednorodne językowo, o zadbanym świecie przedstawionym, z logicznym i dobrze usytuowanym narratorem, słowem, dominuje precyzja i doskonałość w każdej warstwie utworu.

Wojna polsko-ruska jest świetnym przykładem wykorzystania wulgaryzmów w  potocznej mowie bohaterów. Ich wypowiedzi spełniają niemal wszystkie funkcje przypisywane wulgaryzmom: ekspresywna, impresywna, perswazyjna, ludyczna i fatyczna. Główny bohater o pseudonimie Silny, którego monologi stanowią znaczną część powieści posługuje się soczystymi wulgaryzmami, jak przerywnikami. Czasownik „pierdolić” i  rzeczowniki „kurwa” czy „kurwica”, pojawiają się więc bez świadomości celu w swej funkcji fatycznej, nie niosąc pierwotnego znaczenia danego wyrazu. Oprócz tego, Silny używając obficie wulgaryzmów, wyraża swoje emocje, realizując funkcję ekspresywną, potęgując moc wypowiadanych słów – funkcję impresywną oraz perswazyjną oddziałując perswazyjnie na odbiorcę.

Bliscy pokoleniowo, a zatem językowo, okazali się nieżyjący Mirosław Nahacz (Niezwykłe przygody Roberta Robura, 2009) oraz Jas Kapela (Janusz Chrystus, 2010).

Obserwując poezję roczników siedemdziesiątych, która pojawiła się na początku lat dwutysięcznych można mówić o swego rodzaju modzie literackiej na przekraczanie normy, także poprzez epatowanie językiem dosadnym i wulgarnym.

Marta Podgórnik, nazywana „Wojaczkiem w spódnicy” dość często korzysta z dosadnych puent. Poetka debiutowała w wieku siedemnastu lat (1996). Współtworzyła śląską grupę „Na dziko”, której nazwa stała się synonimem działań impulsywnych, bezkompromisowych i ekshibicjonistycznych.  Wulgaryzmy pojawiające się w debiutanckim tomie Próba negocjacji funkcjonują na zasadzie przerywników, czy wypełnień np. w wierszu Oddział: „Jak ma się k…motywację(…) a ja nie mam k…motywacji”. W wydanym sześć lat później tomie Paradiso (2000) znaleźć można sporo obscenicznie wyrażonego pesymizmu. Przykładem jest wiersz żenujący klasycyzm, w którym powtarza się w różnym kontekście fraza „poszło w ch…” jako oznaczenie zaprzepaszczenia szczęścia i nieodwracalnej straty.

Również u wywodzącej się z tego samego pokolenia poetki Agnieszki Wolny-Hamkało rola wulgaryzmów służy wypełnieniu kilku funkcji naraz: przede wszystkim ekspresywnej, ale także impresywnej i perswazyjnej. Odnosząc swoje słowa do krytyki literackiej broni się następująco: „Chronicznie cierpię na słowo, które sprawia mi magię i  niech mi żaden skurwysyn nie pisze o kalkach”. Jest to fragment jej wiersza Mocno poszukiwana (1999). Poetka niejednokrotnie inspirując się poezją Marcina Świetlickiego, podkreślała w ten sposób silny związek życia ze sztuką. Na marginesie warto dodać, że znana z różnego rodzaju happeningów autorka podczas słynnego krakowskiego festiwalu „Zapowiadających się” wzmocniła wydźwięk czytanych przez siebie wierszy, rozbierając się do pasa.

W poezji Piotra Czerskiego ufundowanej na estetycznych doświadczeniach Tadeusza Dąbrowskiego”[15], znaleźć można uzasadnienie obojętności używania w poezji słów adekwatnych do sytuacji, miejsca i normy. W wierszu dopisek czytamy:

Jechałem nocnym autobusem

widziałem studentów

I dresiarzy widziałem.

Mówili: chyba się w tobie

Zakochałem, mała, mówili:

Chyba się w tobie zajebałem,

Dziwko. Zrozumiałem: język

Także nie ma nic do rzeczy

„Nie ma nic do rzeczy” zatem stosowanie się do konwencji językowej, jeśli celem komunikacji jest prawda i chęć wypowiedzenia silnych emocji.

Dowodzi tego poezja Bartłomieja Majzla, Piotra Macierzyńskiego, Marcina Cecki i wielu innych.

Wybrane przykłady wprowadzania do języka wulgaryzmów sugerują, że najnowsza proza i poezja zmierza ku swojemu kresowi. Takie sygnały przekazuje w krytycznej diagnozie na temat najnowszej literatury Piotr Śliwiński:

„polska proza ostatnich lat… zdaje się – który to już raz? – zmęczona: wysoki artyzm zawstydza ją i krępuje, realizmu się boi, polityką się brzydzi (jeśli zaś politycznie angażuje, to jednak powierzchownie), a dar opowiadania ciekawych historii ją opuścił”[16].

Nie znaczy to jednak, ze najnowsza literatura jest całkowicie nieprzydatna przez uleganie wpływowi kultury masowej, nowych mediów, banalizowanie czy też marginalizowanie historii, tradycji literackiej, klasycznego języka prozy i poezji. Tej tezie jednocześnie zaprzecza wspomniany wcześniej Śliwiński: „poezja (proza oczywiście też) nadal zdolna jest pogłębić wrażliwość sensu, a także demaskować dyskursy dominujące nad naszymi myślami”[17]

dr hab. Joanna Chłosta-Zielonka, prof. UWM

(fragmenty artykułu opublikowanego na łamach „Prac Językoznawczych” 2012, Z 12, s. 43-53)

 

[1] M. Janion, Zmierzch paradygmatu [w:] tejże Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś?, Warszawa 1996, s. 5-23.

[2] P. Czapliński, Powrót centrali. Literatura w nowej rzeczywistości, Kraków 2007, s. 88.

[3] P. Czapliński, P. Śliwiński, Post festum [w:] tychże Literatura polska 1976-1998, Kraków 1999, s. 286.

[4] Wiersz Sajnóga, zamieszczony także w antologii Macie swoich poetów (Warszawa 1997), nosił tytuł Flupy z pizdy i brzmiał następująco:

– mam flupy – usłyszałem

Od dziewczyny i myślę: co?

– co? – pytam

– no, leci mi z pizdy

[5] Chodzi np. o wiersz pt. sny słodkie jak chuj.

[6] J. Kornhauser,  Barbarzyńcy i wypełniacze, „Tygodnik Powszechny” 1995, nr 5.

[7] Im więcej ci zabierają tym więcej masz. Jacek Podsiadło rozmawia z Wojtkiem Koronkiewiczem jesienną nocą w swojej kuchni w opolskim mieszkaniu, „Lampa” 2004, nr 9, s.36.

[8] K. Maliszewski, Coś się skończyło…czyli w kręgu zaklęć krakowskich,  „Studium” 2001, nr 1(27), s. 148-156.

[9] Tamże.

[10] M. Witkowski, Recycling (Notatki na marginesie twórczości własnej i innych roczników siedemdziesiątych) [w:] Literatura polska 1989-2009. Przewodnik, pod red. P. Mareckiego, Kraków 2010, s. 11.

[11]Tamże.

[12] Witkowski, dz.cyt., s. 18.

[13] Tamże.

[14] Tamże, s. 23.

[15] Tekstylia o „rocznikach siedemdziesiątych”, pod red. P. Mareckiego, I. Stokfiszewskiego i M. Witkowskiego, Kraków 2002, s. 367.

[16] P. Śliwiński, Świat na brudno. Szkice o poezji i krytyce, Warszawa 2007, s. 12.

[17] Tamże, s. 15.