< powrót

Dobry zwyczaj: nie pożyczaj

Przestrogę zawartą w tytułowym porzekadle można odnieść do określenia stanowiska wobec potoku anglicyzmów, wdzierających się do naszego języka. Polki i Polacy! Zastanówmy się, czy nie można obejść się tym, co mamy na swoim koncie językowym. Nie pożyczajmy słów, gdy mamy swoje w bardzo dobrym stanie znaczeniowym. Te niezbędne zapożyczenia, czyli lepiej niż nasze nazywające fakty, rzeczy, emocje, same zadbają o swoje miejsce w naszym  języku. Gdy naprawdę potrzebne obce słowo znajdzie się w powszechnym użyciu, to napomnieniami ex cathedra już i tak nic nie wskóramy, bo zwykle nowy wyraz zdąży się już  zadomowić, rozmnożyć i stworzyć swoją rodzinę. Sami użytkownicy za nic go już się wtedy nie wyprą, nie zapomną, nie oddadzą i nie zamienią. Słowa takie jak: komputer, laptop, fast food, legginsy, stres, wideo, buspasy wręcz niepostrzeżenie wchodziły do naszych słowników czynnych i nie ma mowy, by komputera nie nazywać komputerem, a biznesmena biznesmenem (choć słowo przedsiębiorca jest wciąż naprawdę bardzo dobre). Wydaje się jednak, że jak mamy firmę (a nie przedsiębiorstwo lub skromnie brzmiącą działalność gospodarczą), to dalej nam do wielkiego świata biznesu Blake’a Carringtona (kiedy stawiać apostrof, szczegółowo opiszę innym razem).

Wśród osób „20+” znajomość języka angielskiego jest oczywista. Jego znajomością podobno nie należy się chwalić podczas aplikowania o pracę i nie zamieszczamy tej informacji w czytanym z angielska skrócie CV (z łac. curriculum vitae ‘bieg życia’). Dawniej po prostu staraliśmy się o pracę, składaliśmy podanie o pracę. Aplikujemy również zamiast składać wszelkiego rodzaju wnioski. Czasami są to aplikacje o granty, które ktoś dedykuje dla nas. A ja jeszcze bardzo dobrze pamiętam czasy, kiedy czasownik dedykować oznaczał ‘poświęcić komuś utwór, książkę’. Dziś coraz częściej słyszymy o rzeczach dedykowanych do/dla rzeczy (np. farby i panele dedykowane do ciemnych pomieszczeń). Słyszy się, że kurs, warsztaty, zajęcia, projekt są dedykowane dla jakiejś grupy odbiorców. Tylko wyglądać, jak na uczelniach staroświeckie wykłady, ćwiczenia, seminaria, prace licencjackie i magisterskie będziemy nazywać projektami, bo przecież wciąż wszyscy dookoła przygotowują /realizują jakieś projekty, czyli ‘występy, wystawy, filmy, albumy muzyczne, instalacje). Czy nie można po polsku? Można, ale to wydaje się być niepoprawne. Tymczasem wciąż prawidłową konstrukcją składniową jest polskie zdanie: Dziewczyna wydawała się piękna (nie: wydawała się być piękna).

W języku ojczystym, tym poznanym jako pierwszym, najlepiej nazywamy otaczający świat i swoje emocje. Doskonale wyczuwamy odcienie znaczeniowe wyrazów, świetnie operujemy aluzją, ironią, tworzymy poezję i żarty językowe. Pożyczajmy więc słowa tylko wtedy, gdy jest to konieczne. Dokładnie! A może raczej po polsku: no właśnie.

dr Iza Matusiak-Kempa, adiunkt, Instytut Polonistyki i Logopedii UWM