O projekcie
Kampania „Lubię polski” jest adresowana do wszystkich mieszkańców Warmii i Mazur, ze szczególnym uwzględnieniem uczniów i studentów. Jej celem jest popularyzacja i pielęgnowanie języka polskiego. Kampanię prowadzi Fundacja Instytut Badań i Edukacji Społecznej w partnerstwie z Wydziałem Humanistycznym Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego oraz „Gazetą Olsztyńską”. Jej częścią jest akcja „Tysiąc znaków bez powtórki”, która polega na napisaniu i nadesłaniu tekstu liczącego tysiąc znaków. Żaden wyraz, z wyjątkiem spójników i przyimków, nie może się w nim powtarzać. Do udziału w naszej zabawie zapraszamy uczniów klas V, VI i VII szkół podstawowych, a także klasy II i III gimnazjum. Kampania ma także ambasadorów, którymi są pisarze, poeci, wykładowcy, przedstawiciele mediów, socjologowie.
1000 znaków bez powtórki

Żyję w małej wsi na Warmii, tam gdzie zawsze jest cicho, spokojnie i bezpiecznie. Bardzo lubię Ruś i jej okolice. Mieszkają tu moi drodzy przyjaciele, kochani rodzice i młodszy brat. Sąsiedzi są mili i gościnni, nie hałasują i nie przeszkadzają jak zwykle dzieje się w filmach.

Ludzi przyciągają tu widoki nad rzeką Łyną, piękny zapach kwiatów, mokrych roślin i wilgoci podczas bardziej deszczowych dni. Koniki polne skaczą z ziemi na źdźbła trawy. Ciekawskie, kolorowe biedronki rozpościerają swoje śliczne skrzydełka, a pająki na długich nogach chodzą powoli, ale dużymi susami. Czasami wydaje się, że gdzieś tam mieszkają małe, figlarne ludziki, które grają i śpiewają w rytm tycich bębenków, gitar, organek, fletów, fletni, saksofonów, harf i innych instrumentów. Może też dosiadają wielkie muchy lub komary, żeby przedostać się gdzieś daleko, tak jak ludzie wykorzystują konie i samochody. Co jeśli ten lud naprawdę istnieje? Jeżeli boją się nas to chowają się przed nami w niezliczonych korytarzach kretów i czekają na odpowiedni moment aby wyjść i znowu zacząć się bawić, strzelać z łuków, urządzać biesiady i zajmować się swoimi ulubionymi rozrywkami.

Pomyśleć, że zaledwie kilka kroków dzieli mnie od tej niezwykłej magii. Wprawdzie nie ma wokół egzotycznych gatunków: kumkwatów, kakaowca, karamboli ani storczyków, ale z pewnością zachwycają dojrzewające zboża, stare drzewa, krzewy dzikiej róży, maliny i poziomki. Wystarczy dobre śniadanie, promyk słońca i otwarte okno, żebym chętnie wyszedł w świat. Chen daleko uciekają złe humorki, a nogi same ciągną w nowe miejsca.

Pewnego razu wybrałem się na wycieczkę. Do plecaka spakowałem wodę, dwie kanapki, ulubiony batonik czekoladowy, landrynki, notes, ołówek i szkło powiększające. Niespodziewanie moją uwagę zwróciły śmiechy i cienkie głosiki, więc poszedłem za nimi. Im bliżej byłem tym stawały się głośniejsze i wyraźniejsze. Powoli, z każdym krokiem zbliżałem się do czegoś nieznanego. Straciłem poczucie czasu i dopiero po czterdziestu pięciu minutach zauważyłem, że się zgubiłem. Te dziwne dźwięki wprost nie pozwalały mi się skoncentrować na drodze powrotnej, dlatego zacząłem szukać ich źródła. Tym razem biegłem na łeb na szyję żeby dowiedzieć się kto lub co tak mówi. Aż nagle przewróciłem się i straciłem przytomność.

Kiedy się obudziłem znalazłem się w kółku dwudziestu tańczących istotek przypominających krasnale. Spostrzegłem, że są różnorodne: o białej, czarnej lub niebieskiej skórze, z różowym wąsikiem, bujną brodą, dredami, krzaczastymi brwiami, odstającymi uszami, zadartym nosem. Wymachiwały rękami, na zmianę chichotały i szeptały w niezrozumiałym dialekcie. Coś wisiało w powietrzu, jakby woń porannej rosy i odurzającej, wieczornej mgły.

Miałem mętlik w głowie i nie wiedziałem co robić. Po zakończeniu rytuału zaciągnęli mnie do najstarszego przedstawiciela z ich rodu, który potrafił mówić w ludzkim języku. Rozumiałem każde jego słowo. Powiedział mi że jestem w świecie pszeniczaków które chowają się na polach. Opowiadał mi historię o heroicznych czynach jego przodków i oprowadził po królestwie. Było ono wprost nie do opisania. Mieli fabrykę specjalnego miodu, od którego aż ślinka ciekła i stajnie pełne przeróżnych owadów.  Najlepsze były kusze i tarcze, do których można było strzelać.

Nie mogło też zabraknąć sali koncertowej, na której odbywały się najważniejsze wydarzenia w wiosce. Scena zrobiona była z korków od butelek sklejonych woskiem pszczelim. Kurtynę splotły pajęczaki. Zostałem zaproszony na przedstawienie. Bohaterami byli ludzie, którzy doprowadzili do zagłady planety poprzez całkowite jej zanieczyszczenie. Pracowali na to całymi latami. Wybawieniem był odważny chłopiec, który kochał naturę i swoim dobrym sercem uratował ekosystem.

Tak mi się spodobało że zapomniałem o moim własnym domu i rzeczywistości. Najsilniejsi członkowie plemienia zbudowali dla mnie łóżko z drewna, włochatego mchu i kapeluszy grzybów leśnych. Położyli mnie spać. Zasnąłem z łatwością po wypiciu gorącego naparu z pyłku czarodziejskich rumianków. Następnego dnia poczułem dziwne mrowienie, które ogarnęło całe moje ciało. Dowiedziałem się, że zrobiłem się taki maleńki jak mrówka. Bardzo mnie to zaskoczyło i trochę się przestraszyłem, ale zachowałem jasność umysłu. Zacząłem zastanawiać się jak to się stało. Nagle do przytulnego pokoju wpadł kucharz ze śniadaniem. Na wielkiej, zdobionej, srebrnej tacy leżały misternie poukładane kromki chleba, jajecznica, mikrokiełbaski, przyprawy, których nigdy nie widziałem, we wszystkich kolorach tęczy, pieczone jabłko z brązowym, karmelizowanym cukrem. Zjadłem ze smakiem i wytarłem usta niesamowicie delikatną, jedwabną serwetką.

Potem oglądałem budowle takie jak: mosty z mocnych, dębowych gałęzi, chatki z czerwonych muchomorów, wieże strażnicze z szyszek i igieł sosnowych, kamienne pomniki zasłużonych przywódców ale też namioty z opakowań po chipsach, szklarnie z plastikowych butelek, w których zimą, jesienią i wczesną wiosną rosną ciepłolubne pnącza. Śmieci wyrzucane do lasów przez bezmyślnych niszczycieli przyrody zamieniły się w wyszukaną architekturę.

Powoli zaczynało mi się kręcić w głowie od tych wszystkich wspaniałości, czułem się oszołomiony. Zapytałem kiedy wrócę do mamy i dostałem odpowiedź, że to na pewno nastąpi wkrótce. Cudnie byłoby znaleźć się u siebie. Stopniowo znowu robiłem się większy i nie mieściłem się już w różnych miejscach w specyficznym światku, przestałem czuć się komfortowo. Na szczęście chwilę później zaprowadzono mnie do ścieżki, a dalej podążałem już sam i rozmyślałem o tym jak przywitają mnie najbliżsi. Bałem się kary, bo zdawałem sobie sprawę, że bardzo długo byłem nieobecny.

Okazało się jednak, że czas płynął zupełnie inaczej niż sądziłem. Przypuszczałem, że minęła cała noc i prawie cały dzień, a okazało się, że zaledwie godzinę spędziłem na łące. Nie potrafię w żaden sposób wyjaśnić przebiegu wydarzeń.

Czy to był tylko sen? Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem. Gdy wracam codziennie ze szkoły i mijam niezapomnianą trasę liczę na to, że spotkam ponownie leśnych kumpli. Napiłbym się jeszcze jakiejś wymyślnej mikstury i obejrzał urocze przedstawienie w mini teatrze. Boję się, że budowa obwodnicy Olsztyna wpłynie na ich codzienność. Całe zamieszanie związane z przejazdami ciężkiego sprzętu trochę mnie niepokoi. Tony betonu i błota mogłyby z łatwością zrujnować ich osady. Mam nadzieję, że wykorzystają działanie człowieka na swoją korzyść. Przekonałem się, że to potrafią. Jeśli chcieliby skontaktować się ze mną i poprosić mnie o pomoc to znajdę sposób na to żeby ich uratować i rozwiązać ich problemy za wszelką cenę.

Od pamiętnej przygody nie miałem żadnego, najmniejszego sygnału od krasnalopodobnych stworzonek, które zdążyłem już pokochać.

Na pocieszenie pozostaje mi czytanie książek fantasy, które uwielbiam takich jak „Baśniobór” Brandona Mulla i oglądanie bajek.

Mikołaj, SP 15